Imperium burz

1 listopada 2017

Imperium burz – Maas Sarah J.

Wydawca: Uroboros

Już przy recenzowaniu poprzedniego tomu Szklanego tronu powstrzymałam się od opisu fabuły i tym razem też go nie przedstawię. Nie chciałabym, broń Boże, zdradzić Wam czegokolwiek nieumyślnie, ale jeśli macie za sobą Królową Cieni, to na pewno pamiętacie, w jakim momencie zakończyła się akcja książki, czego dokonali bohaterowie i jakie plany mieli w zanadrzu. Nie będę więc przedłużać i przejdę od razu do moich przemyśleń na temat Imperium Burz. Pora na moje spotkanie z piątym tomem serii przyszła już po tym, jak w blogosferze książkę tą czytał prawie każdy i wszędzie było jej pełno. W zasadzie wszystkie opinie były zgodne w jednej kwestii – serca czytelników zostały połamane na maleńkie kawałeczki, a Sarah J. Maas kolejny raz udowodniła, że zasługuje na miano jednej z najpopularniejszych amerykańskich pisarek ostatnich lat. Próbowałam więc mentalnie przygotować się na to, co autorka przygotowała w Imperium burz, a jednocześnie byłam ciekawa, czy to, co sprawiło, że tak wiele osób czytało tę powieść z zapartym tchem, trafi też do mnie. I trafiło. Ostatnimi czasy mam ogromną przyjemność nie zawodzić się na książkach. Te, które są wychwalane pod niebiosa przez rzesze czytelników, okazują się naprawdę godne każdej pochwały, a wszelkie pozytywne opinie są całkowicie zasłużone. Tak samo było w tym przypadku. Chciałabym powiedzieć, że pożarłam tę książkę, bo faktycznie mimo jej pokaźnej objętości, przeczytałam ją stosunkowo szybko, ale prawda jest taka, że to ONA pożarła MNIE. Pochwyciła, stłamsiła, zmięła i wypluła. 860 stron to nie lada wyzwanie. Szczerze mówiąc zwykle omijam takie cegiełki szerokim łukiem, bo zwyczajnie obawiam się zaczynać coś, z czym będę musiała spędzić aż tak dużo czasu. Jeśli książka jest dobra, cudownie! Gorzej, jeśli nie porywa w żadnym stopniu – wtedy pozostaje tylko męczarnia trwająca kilkaset stron… Przy Imperium burz moje obawy były jednak nieuzasadnione, bo czytając książkę w ogóle nie odczuwa się jej objętości. Przelatuje się przez nią jak przez krótką bajeczkę na dobranoc – naprawdę! O ile w poprzednich tomach Szklanego tronu czasem miałam problemy z wciągnięciem się w fabułę, a bywało też tak, że akcja bardzo mi się dłużyła, tutaj od samego początku zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń i nie ma czasu, aby obejrzeć się za siebie i choćby pomyśleć o nudzie. Nie od dziś wiadomo, że Sarah J. Maas potrafi zniszczyć człowieka zakończeniami swoich książek. Również tym razem popisała się niemałym sprytem i finezją, z jaką tworzyła zawiłe intrygi, w których ciężko było się połapać, a na koniec stawały się ogromnym zaskoczeniem. Kiedy teraz myślę o końcówce Imperium burz, widzę, jak wielki progres zarówno pisarka, jak i sama historia Aelin poczyniły przez te pięć tomów serii. Chociaż sam Szklany tron naprawdę mi się podobał, to w porównaniu z Imperium jest on jak małe dziecko – niedoświadczone, nieświadome zła i całkiem niewinne. Czytaniu książki nieustannie towarzyszy przeczucie, że dzieje się coś wielkiego, coś znaczącego, coś, co będzie miało swoje ujście w ostatnim tomie serii. Także nasi bohaterowie przeszli ogromną metamorfozę. Aelin nie jest już sławną zabójczynią, walczącą o życie w kopalni soli, ale królową. Dorian nie jest przebywającym w cieniu ojca księciem, lecz królem. Rowan nie jest już najwierniejszym sługą Meave, ale wojownikiem. Wszyscy bohaterowie stali się surowi, silni i brutalni. Przygotowani, aby zmierzyć się ze złem, które nadciąga. Moim ulubionym momentem w czytaniu długich serii książek, jest chwila, gdy wszystkie wątki się zazębiają, gdy okazuje się, że wydarzenie z samego początku miało swój sens, który odnajdujemy dopiero kilka tomów później. Imperium burz wiele wyjaśnia. Sarah J. Maas miała swój plan od pierwszej książki i sumiennie podawała nam na tacy kolejne fakty, jednak dopiero teraz zaczyna zdradzać swoje sekrety. Nie można tego powiedzieć inaczej – Imperium burz jest po prostu cholernie ciekawe! Piąty tom Szklanego tronu śmiało można ogłosić tym najlepszym. W mojej opinii równa się od poziomem z tym pierwszym, co znaczy, że jest absolutnie fantastyczny, godny uwagi i niebezpieczny. Sprawi, że będziecie czuć miliard emocji w jednym czasie, a na koniec zostawi Was ze złamanym sercem i pustką w głowie. booksofsouls.blogspot.com

autor: MargoRoth

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz dodać zdjęcie (JPEG)